Jesień w blasku Białej Gwiazdy
2007-12-30
Większość ludzi związanych z krakowską Wisłą, chciałoby jak najszybciej zapomnieć o zeszłym sezonie. Był to kubeł zimnej wody wylany na głowy tak sympatyków Wisły, jak i jej właściciela- „nadprezesa” Bogusława Cupiała. Sezon 2006/2007 można traktować w kategoriach wypadku przy pracy, należy przy tym dodać bardzo bolesnego wypadku.
Wypadku, w wyniku którego ofiara ( w tym przypadku Wisła) jest poważnie poturbowana i potrzebuje intensywnej i przemyślanej rekonwalescencji z wykorzystaniem nieraz bardzo drogich ( i bolesnych), ale zarazem skutecznych medykamentów. Z takich wypadków trzeba jak najszybciej wyciągać wnioski. Sądząc po stylu gry, doborze taktyki, zaangażowaniu niektórych zawodników, a przede wszystkim miejscu w tabeli, poprzedni sezon można traktować jako bodziec, sygnał, impuls czy jak inaczej to sobie nazwiemy do przeprowadzenia poważnych zmian w klubie.
Patrząc na całą sytuację z perspektywy rundy, można śmiało stwierdzić, że w końcu coś się w tej skostniałej maszynie ruszyło. Nie może tu być mowy o żadnej rewolucji, czy innym górnolotnym pojęciu. Wolę określać obecne zmiany zachodzące w Wiśle hasłem-„przywracania normalności”. Nie może być sytuacji w profesjonalnie zarządzanym klubie, do rangi którego Wisła zdaje się od 1998 roku aspiruje, że zespół funkcjonuje przez ponad pół roku bez dyrektora sportowego.
Wisła przyzwyczaiła wszystkich do gry pełnej polotu, fantazji, niekonwencjonalnych zagrań, jednym słowem do „krakowskiej piłki” pełną gębą. Tymczasem w ubiegłym sezonie była zaledwie namiastka tego stylu, by nie powiedzieć jego marna parodia.
W zeszłym sezonie oprócz kilku przyzwoitych meczów w europejskich pucharach (vide: SV Mattersburg, rewanż z Iraklisem Saloniki, FC Basel ), spotkania na stulecie z Sevillą oraz meczach z Legią, na Reymonta wiało nudą. Mało tego, że drużyna grała słabo, ona grała chaotycznie, bez żadnego pomysłu. Doskonałym zwieńczeniem poprzedniego sezonu , i przysłowiową kropką nad „i” dla zepsutego jubileuszu 100- lecia klubu był mecz z Groclinem, przegrany w kompromitującym stylu 0:4. Podobno był to również mecz, po którym poważniej postanowiono się przyjrzeć młodemu trenerowi Groclinu…
Na początku był (WIELKI) chaos...
Tak w telegraficznym skrócie można przedstawić sytuację panująca w klubie w ubiegłym sezonie. Trzech trenerów, brak dyrektora sportowego, niekompetentny prezes, który przed objęciem stanowiska z piłką miał tyle wspólnego co Korea Północna z demokracją. Do tego dochodziły ciągłe problemy dyscyplinarne z Nikolą Mijajlovicem, kłopoty z oddaniem nowej trybuny, nieudane próby zorganizowania meczu reprezentacji na Reymonta 22, awantura z kontraktem dla Dolhy. Wszyscy mieli już stanowczo dość tej chorej sytuacji.
Mało kto spodziewał się jakiejkolwiek metamorfozy po krakowskim zespole choć wszyscy podkreślali jej konieczność. Wydawało się nawet, że po latach tłustych przyszły lata chude, mówiło się nawet o wycofaniu się Bogusława Cupiała …
Zajęcie 8 miejsca, najgorszego od momentu przejęcia przez Telefonikę ( po rundzie jesiennej sezonu 1997/1998, w którym Telefonika przejęła klub Wisła była 13) było ciosem, z którego ciężko się otrząsnąć. Cupiał dawał poważne sygnały, że zamierza definitywnie wycofać się finansowania klubu. Zlecił prawnikom poszukiwanie w kraju i zagranicą potencjalnych nabywców akcji. Zakupem poważnie zainteresowany był polonijny biznesmen z Francji, Waldemar Kita, znany z między innymi działalności w szwajcarskim klubie Lousanne- Sports. Kita mieszka we Francji od 40 lat, a jego majątek szacuje się na 150 milionów dolarów. Jego dobrym znajomym jest Henryk Kasperczak. To właśnie on namawiał go do zakupu Wisły. Negocjacje zakończyły się jednak fiaskiem. Nie mogło pójść o nic innego jak o cenę, która zaśpiewał sobie prezes Cupiał. Kita był ponoć skłonny wydać 7 milionów euro, Cupiał chciał dwa, a nawet trzy razy tyle. Skończyło się na jednak na dość burzliwych negocjacjach głośno komentowanych z prasie, a samej transakcji nie udało się sfinalizować, a dokładniej rzecz ujmując Kita uznał, że Cupiał traktuje jego ofertę niepoważnie i wycofał się z propozycji. Pan Kita nie ukrywał jednak, że Wisła nie jest jedynym klubem leżącym w orbicie jego zainteresowań. Z zainteresowaniem spoglądał w stronę klubów francuskich, które mógłby nabyć za kwotę jaką Cupiał żądał za Wisłę, a nawet mniejszą. Jego oczy były zwrócone w kierunku Nicei, PSG i Nantes, którego kupno już planował od dłuższego czasu. Jak mówił, tak zrobił. Na początku sierpnia AD 2007 łupem rzutkiego, polskiego biznesmena padła legenda francuskiej piłki i świeżo upieczony drugoligowiec -FC Nantes. Kwota transakcji opiewała na 10 milionów euro. Obecnie mówi się o Kicie w kontekście przejęcia i odbudowania potęgi, tym razem polskiego drugoligowca- Śląska Wrocław. Tak więc na razie kwestia sprzedaży klubu jakby ucichła zagłuszona przez entuzjazm i optymizm po zakończonej rundzie jesiennej. Nie wiadomo jednak na jak długo. Kto wie czy po serii niepowodzeń, słabszej dyspozycji, czy braku awansu do Ligii Mistrzów jak bumerang nie powróci ta stara śpiewka i Cupiał nie postanowi pozbyć się tego „kłopotliwego” i nierentownego interesu.
Na kłopoty Bednarz
A cała historia z poprawą w klubie na lepsze (już niedługo przekonamy się czy ta „poprawa” będzie miała formę ciągłą) miała swój początek 1 czerwca 2007, czyli z chwilą zatrudnienia Jacka Bednarza na stanowisku dyrektora sportowego, po ponad 6 miesiącach (sic!) wakatu na tym stanowisku ( 19 grudnia 2006 roku trenerem Wisły został pełniący dotychczas obowiązki dyrektora sportowego Adam Nawałka przyp. G.K.).
Nowy dyrektor sportowy nie wzbudził większego entuzjazmu, można powiedzieć, że został przyjęty raczej chłodno, ale czego się można spodziewać po człowieku, który spędził w zespole odwiecznego wroga- Legii Warszawa 6 sezonów. Wiele osób cały czas wiązało nadzieję z powrotem Grzegorza Mielcarskiego, którego kojarzono przede wszystkim ze ściągnięciem pod Wawel Kuby Błaszczykowskiego, Paulisty czy Clebera. Co wiemy i czego możemy się spodziewać po Bednarzu? Jak na byłego piłkarza jest wyjątkowo wygadany, ale to może bardziej zasługa jego wykształcenia, gdyż jest prawnikiem. Był już raz dyrektorem sportowym, w Legii, jednak nic szczególnego tam nie zwojował. Bezpośrednio przed objęciem stanowiska w Wiśle, Bednarz widywany był w programie Orange Ekstraklasa na TVN-ie, gdzie odgrywał rolę eksperta. Trzeba przy tym dodać, że na tle prowadzących prezentował się wyjątkowo dobrze. Rzekłbym, że jako z nielicznych gości tego programu miał coś sensownego do powiedzenia. Co do walorów czysto menadżerskich, to jest dobrze zorientowany w rynku piłkarskim naszych południowych sąsiadów Czechow i Słowaków, i to z tamtego regionu spodziewano się i można się również spodziewać potencjalnych wzmocnień. (vide: pierwszy sfinalizowany przez niego transfer za bagatela 700 tysięcy euro, czyli sprowadzenie z Teplic młodzieżowego reprezentanta Czech, Tomasa Jirsaka, który na razie nie dostaje wiele szans na regularną grę). Jednak na samym początku priorytetem dla Bednarza było sprowadzenia nowego trenera. Wśród doniesień prasowych na temat kto obejmie schedę po Kazimierzu Moskalu, przewijały się dobrze znane nazwiska zagraniczne jak i krajowe. Szczególnie poważnie traktowano kandydaturę byłego trenera m.in. Bayeru Leverkusen, Klausa Augenthalera oraz eks-szkoleniowca reprezentacji Kamerunu, Wilfrieda Schaffera, który to był nawet obecny w Krakowie na meczu pucharowym z Lechem. Na futbolowym rynku pojawiło się też nazwisko byłego trenera NEC Nijmegen, Ceesa Loka. Natomiast na rynku krajowym nie ukrywano, że liczą się tylko dwa nazwiska: Macieja Skorży z Groclinu i Czesława Michniewicza z Zagłębia Lubin. Jeśli chodzi o trenerów niemieckich to były prowadzone z nimi rozmowy, ale zakończyły się fiaskiem. W gruncie rzeczy, były to dwa znane w świecie piłkarskim nazwiska, ale ich czas skończył się już parę ładnych lat temu. Przestarzały warsztat trenerski, brak znajomości realiów ligi polskiej, no i oczywiście astronomiczne sumy na kontraktach, z całym szacunkiem dla obu panów, ale te rzeczy mogli zagwarantować Wiśle przede wszystkim. Trochę inaczej sprawa wyglądała z Ceesem Lokiem. Młody, perspektywiczny trener, chwalony m.in. przez Andrzeja Niedzielana, był jednak bardziej bohaterem spekulacji prasowych niż realnych zamiarów klubu.
Polski Benitez
W końcu zdecydowano się na Skorżę. Dla młodego 35 -letni trenera, który nigdy nie był wielkim piłkarzem, Wisła miała być trzecim klubem w ciągu ostatnich trzech lat.
Nazywany, „polskim Benitezem” (ze względu na staż w Liverpoolu i wprowadzanie w swojej pracy wielu pomysłów zaczerpniętych od trenera The Redds przyp. G.K.), Maciej Skorża z zapałem przystąpił do pracy. Na początku nie było jednak tak różowo. Po przedsezonowych sparingach z Jagiellonią i Widzewem ( 1:1 i 0:1) bardzo ciężko było porwać się na jakikolwiek optymizm. Potem przyszedł szeroko komentowany w Polsce wyjazd na turniej Chicago Trophy do USA , gdzie po przeprawach z Regginą i Sevillą, Wisła odniosła niespodziewany triumf w całej imprezie. Po turnieju podbudowana sukcesem drużyna wróciła do kraju aby niemal z marszu przystąpić do rozgrywek o mistrzostwo Orange Ekstraklasy. Na pierwszy ogień poszedł obecny mistrz Polski, Zagłębie Lubin, który uległ Białej Gwieździe u siebie 0-1. Potem przyszła seria efektownych zwycięstw z Górnikiem, Koroną i Widzewem. Zdarzały się też momenty słabszej gry i dekoncentracji jak w meczach z Odrą i Bełchatowem. W ciągu całej jesieni i dwóch meczów z rozgrywanych awansem z rundy wiosennej (całą jesienną passę jak klamrę zamknęły efektowne zwycięstwa z obecnym mistrzem, co z pokazało w jak równiej formie i wysokiej formie jest drużyna) zespół Skorży nie znalazł pogromcy odnotowując kolejno 15 zwycięstw i 2 remisy (w samej rundzie jesiennej było 13 zwycięstw i 2 remisy). Jest to najlepszy bilans rundy w dotychczasowej historii klubu, który zyskuje dodatkowo na znaczeniu jeśli dodać, że „dziarska staruszka” z Krakowa liczy sobie 101 lat. Skorża pobił dotychczasowy rekord Franciszka Smudy (zespół prowadzony przez Franza na jesieni 1998 roku zgromadził 40 punktów i zanotował 13 zwycięstw, 1 remis i 1 porażkę). Warto podkreślić ,że w 9 meczach rozgrywanych jesienią Wisła wbiła rywalom 3 lub więcej goli. Nie sposób uniknąć porównań w z poprzednim sezonem gdzie w 30 meczach Biała Gwiazda uzbierała zaledwie 46 oczek i mogła pochwalić się bilansem bramkowym 41 bramek strzelonych, a 25 straconych. W obecnym sezonie w ciągu zaledwie 17 kolejek Wisła już przekroczyła ten dorobek punktowy zapisując na swoim koncie 47 oczek, strzelając przy tym 44 bramki, a tracąc zaledwie 9.
Wisła powoli odzyskuje blask. Drużyna gra coraz składniej. Większość akcji prowadzonych jest skrzydłami, gdzie drzemie ogromny potencjał. Cały zespół walczy, gra do końca. Widać większą kulturę gry i dyscyplinę taktyczną. Zdecydowanie poprawiła się skuteczność. Cały czas największym mankamentem pozostaje brak kreatywnego środkowego pomocnika, typowego playmakera z inklinacjami do gry ofensywnej.
W drużynie bardzo dobrze odnaleźli się wracający z wypożyczeń Kamil Kosowski i Rafał Boguski. Udanie w nowe rozgrywki wszedł powracający z Holandii Andrzej Niedzielan. Pod okiem Skorży odbudował się Marek Zieńczuk, który do tej pory zanotował już 12 trafień, podczas gdy w ubiegłym sezonie jego konto bramkowe było czyste. Zieńczuk z Kosowskim są też królami asyst i bezsprzecznie prowadzą w klasyfikacji kanadyjskiej. Paweł Brożek mimo, że cały czas razi nieskutecznością to zdołał zdobyć 12 bramek i zakończyć jesień razem z Markiem Zieńczukiem jako lider strzelców. Również Mauro Cantoro wrócił do dawnej dyspozycji. Jean Paulista po początkowych trudnościach znalazł chyba pewne miejsce w drużynie i zyskał aprobatę trenera. Widać to na boisku. Popularny „Jasiek” nauczył się gry taktycznej, która jest nastawiona przede wszystkim na zespół. Nie ma w niej miejsca na bezproduktywne dryblingi przez pół boiska i straty, które wcześniej oprócz bajecznej jak na polskie warunki techniki były jednymi z znaków rozpoznawczych Paulisty.
Jednym z efektów pracy duetu Skorża- Bednarz, a zwłaszcza tego drugiego wraz zarządem klubu jest wprowadzanie nowej konstrukcji kontraktów, które są standardem na zachodzie. W kontraktach motywacyjnych , bo o nich tutaj mowa, lwia cześć gaży jest uzależniona od aktualnej dyspozycji. Jedną z pierwszych ofiar wprowadzenia tej zmiany może być Kamil Kosowski, który w nowej umowie domaga się większej kwoty gwarantowanej. Cała sytuacja na pewno nie wpływa pozytywnie na drużynę. Przepychanki kontraktowe z Kamilem Kosowskim psują sielankową atmosferę po świetnej rundzie. Na chwilę obecną wszystko wygląda na to, że jednak popularny „Kosa” pożegna się z klubem po zakończeniu sezonu lub może nawet wcześniej.
Pomimo tego negatywnego epizodu całokształt pracy jesienią, tak sztabu trenerskiego, piłkarzy jak i dyrektora sportowego należy ocenić pozytywnie. Obserwując zmagania piłkarzy Orange Ekstraklasy w rundzie jesiennej nie można oprzeć się wrażeniu, że po około 3 latach przerwy wraca pewna sprawdzona jakość i marka polskiego futbolu. Po tych 3 latach od zwolnienia Kasperczaka oraz po przebłysku nadziei po meczu z Panathinaikosem, sytuacja w klubie powoli się stabilizuje.
Powroty zza światów
Miniona runda to runda powrotów- tych rzeczywistych i tych, o których spekulowano. Coraz to realniejszych kształtów zaczęły nabierać wizje powrotu do Wisły jej byłych gwiazd, które rozpierzchły się gdzieś po świecie i albo całkowicie wygasły, albo też już nie świeciły takim blaskiem jak podczas pobytu w Krakowie. Zawodnicy, dla których zagranica okazała się mało szczęśliwa mieli dwojakie cele względem swojej gry dla Wisły: by dokończyć karierę w Wiśle lub też odbudować swoją formę. Jak grzyby po deszczu pojawiały się kolejno rewelacje o powrocie Żurawskiego, Szymkowiaka, Frankowskiego i Gorawskiego. O powrocie „Żurawia” zrobiło się głośno po kontuzji Niedzielana. Nie znajdujący uznania w oczach trenera Strachana, Żurawski według doniesień prasowych miał zostać wypożyczony do Wisły. Sam Żurawski szybko uciął te spekulacje mówiąc, ze nie mówi „nie” powrotowi do Wisły, ale na pewno jeszcze nie teraz. Sprawy Szymkowiaka i Frankowskiego wyglądały w pewnym sensie podobnie. Szymkowiak, który jak wydawało się na dobre wziął rozbrat z zawodową piłką po odejściu z Trabzonsporu i postanowił profesjonalnie przesłuchiwać kolegów w przerwach meczów w Canal Plus, znów zadziwił wszystkich ogłaszając powrót do piłki. Ponoć miał nawet indywidualne zajęcia z trenerem przygotowania fizycznego Wisły, Andrzejem Bahrem. Szymkowiak był ostatnim znaczącym rozgrywającym w Wiśle i gdyby tylko wytrzymał fizycznie, niewątpliwie byłby cennym nabytkiem w ekipie Skorży. Jednak ostatecznie wszystko rozbiło się nie o potencjalną przydatność „Szymka”, ale właśnie o jego podatności na kontuzje i formę, która była wielką niewiadomą. Kolejnym z bohaterów „wielkich powrotów” miał być Tomasz Frankowski. Po nieudanych wojażach po Hiszpanii i Anglii, „Franek” podjął treningi z II- ligowym Kmitą Zabierzów. Wtedy też pojawiła się propozycja ściągnięcia zawodnika pod Wawel. Całej sytuacji pikanterii dodawał fakt konfliktu Frankowskiego z niektórymi środowiskami kibicowskimi Wisły, które podczas meczów, na których bywał „Franek”, bardzo ostro wyrażały swoją dezaprobatę dla jego osoby za pomocą niewybrednych transparentów i okrzyków. Mimo, że Franek trenował z Wisłą i trener Skorża widział dla niego miejsce w zespole to nie doczekał się oferty kontraktu i w efekcie grzecznie mu podziękowano. Prawdopodobnie wyląduje w poznańskim Lechu, gdzie zakusy na niego robi trener Smuda. Inaczej sprawy się mają z Damianem Gorawskim, który nie może znaleźć uznania u trenera FK Moskwa. Gorawski jest zdecydowany na powrót do kraju, a w grę wchodzi przede wszystkim Wisła i…Lech. Skorża widzi miejsce w swoim zespole dla niego, a w przypadku spełnienia się „czarnego scenariusza”, czyli odejścia Kosowskiego i nie przyjścia na jego miejsce Krzynówka, opcja z Gorawskim w roli głównej nabiera coraz bardziej realnych kształtów.
Wisła i długo, długo nic
Dziesięć punktów przewagi nad drugą w tabeli Legią to dość spora zaliczka przed kontynuacją rundy wiosennej. Nikt w Krakowie nie myśli o tym, że Wisła mogłaby roztrwonić ten dorobek. Na pewno nadchodząca rudna będzie znacznie trudniejsza, ale nikt też nie zamierza składać broni. Wisłę czekają trudne wyjazdy do Poznania, Warszawy i Kielc, po raz kolejny Kraków będzie zelektryzowany derbami, które jak wiemy rządzą się swoimi prawami. Wisłę może również czekać ciężka przeprawa z nieobliczalną Odrą. Do łatwych na pewno nie będą należały mecze z Groclinem i Bełchatowem. Można się spodziewać kryzysu formy, zmęczenia. W zimowym okienku zespół może opuścić kilku zawodników. Dlatego właśnie potrzebna jest szeroka i wyrównana kadra, o którą cały czas zabiega trener. Potrzebna jest też systematyczne i przemyślane wprowadzane młodych zawodników do drużyny.
W Wiśle wiele zostało zrobione, ale cały czas jest dużo pracy do wykonania. Jeżeli władze klubu i sztab szkoleniowy myślą poważnie o Lidze Mistrzów to potrzebne są wzmocnienia w osobach sprawdzonych zawodników z doświadczeniem. Dobrze rokują zwłaszcza słowa trenera Skorży, który mówił o tym, że celem klubu jest zwycięstwo na wszystkich frontach (OE, PP, PE). Potrzebna jest nowoczesna baza szkoleniowa, położenie większego nacisku na system szkolenia młodzieży, rozbudowanie siatki wyszukiwaczy talentów. Bez wprowadzenie tych zmian za parę lat nie będzie można się liczyć w Polsce, a co dopiero w Europie.
Nie należy jednak przekreślać szans innych drużyn. Na razie Wisła jest samotnym liderem. Udała się jej ucieczka na ostatnich kilometrach odcinka. Jednak z coraz to bardziej rozerwanego peletonu wyodrębniła się grupa pościgowa z grającą zawsze o najwyższe cele Legią, niebezpiecznym u siebie Lechem, nieprzewidywalną Koroną i solidnym Groclinem. To między tymi drużynami a Wisłą rozegra się walką o to kto dojedzie w żółtej koszulce lidera do końca.
Autor: Grzegorz Krzyżanowski